O NAJTRUDNIEJSZEJ MIŁOŚCI.

O NAJTRUDNIEJSZEJ MIŁOŚCI.

Jako że Walentynki były zaledwie trzy dni temu, dzisiaj będzie tekst o miłości – tej najtrudniejszej (przynajmniej w moim przypadku) – miłości do siebie. Myślę, że wielu z Was może się kompletnie z przedstawioną poniżej treścią nie zidentyfikować, ponieważ nie każdy z nas ma taki problem. Na szczęście!

Tym, którzy jednak poszukują sposobu na pokochanie siebie – nie znajdziecie tu rozwiązania, bo sama go nie znam. Co więcej, śmiem twierdzić, że ilu ludzi – tyle sposobów na poradzenie sobie z tym uciążliwym problemem. Nie na każdego zadziała ta sama metoda. Najlepiej jest szukać i próbować różnych rzeczy. Podobno sama świadomość problemu to już wielki krok w stronę jego rozwiązania. Dzisiaj pokażę Wam moje sposoby na to, by po prostu poczuć się lepiej i bezpieczniej samym ze sobą.

WAŻNA INFORMACJA: Poniższy tekst jest opisem moich OSOBISTYCH doświadczeń. Żaden ze mnie terapeuta, coach, mentor czy ktokolwiek inny. Sposoby, które opisuję, pomagają mi na co dzień, jednakże tak, jak napisałam wyżej – na każdego działa co innego – więc próbuj różnych rzeczy, żeby znaleźć odpowiednią dla siebie metodę.

DLACZEGO BRAK MIŁOŚCI WŁASNEJ JEST W OGÓLE PROBLEMEM?

Postanowiłam zacząć ten artykuł od określenia przede wszystkim, dlaczego niekochanie siebie jest w ogóle problemem – jako informacja dla osób, które nie znają tego uczucia. Może zauważysz ten problem u kogoś bliskiego i będzie Ci łatwiej zrozumieć różne stany emocjonalne tej osoby, a może nawet w jakiś sposób jej pomóc poprzez swoje zrozumienie i wsparcie.

Jeżeli masz chore ciało – weźmy np. kontuzję nogi – utrudnia Ci to codzienne, normalne w pełni sprawne funkcjonowanie. Jednak rozwiązań na tę sytuację jest wiele – bierzesz kule, umawiasz się na wizytę u lekarza, chodzisz na rehabilitację. Dyskomfort trwa jakiś czas, dopóki nie wyzdrowiejesz i nie wrócisz do normalnego chodzenia. Oczywiście przypadek może być poważny i może się okazać, że dyskomfort będzie Ci już towarzyszył do końca życia.

miłości

Podobnie jest z chorobą duszy, jednak rozwiązania już nie przychodzą tak łatwo, ponieważ nie na każdego działa to samo, ale tak samo, jak w przypadku kontuzji nogi – umysłowi należy się rehabilitacja i leczenie. Kiedy Twoja głowa nie funkcjonuje normalnie i masz nieustannie oceniającego wewnętrznego „prokuratora” – to w takim przypadku też się nie da normalnie funkcjonować. Permanentne złe samopoczucie wpływa również na Twoje całe ciało i fizycznie odczuwa to, co się dzieje w Twojej głowie. Mogą się pojawić nerwobóle, zmęczenie, brak siły i inne różne inne schorzenia poczynając od problemów żołądkowych, na migrenach kończąc. Twoje fizyczne samopoczucie w dużej mierze odzwierciedla to, jak się czujesz psychicznie.

Więc jeżeli ciężko jest Ci zrozumieć, gdy ktoś Ci mówi, że czuje się po prostu jak gówno, zastanawiasz się jak w ogóle można mieć takie myśli, to uwierz w to, że naprawdę tak ktoś może się czuć. Po prostu przyjmij tę informację taką, jaka jest – przypomnij sobie jakiś dyskomfort, którego w życiu doświadczyłeś – jakiś fizyczny ból i przypomnij sobie, jak to utrudniło Ci normalne funkcjonowanie. I tak właśnie czuje się osoba z problemem miłości własnej – jedyna różnica jest taka, że zazwyczaj ten dyskomfort psychiczny jest mniej widoczny, trudniejszy do rozpoznania niż ból fizyczny oraz mniej rozumiany i akceptowany społecznie. Zastanów się, jak wyczerpujące dla organizmu jest takie permanentne „utrudnione funkcjonowanie”. Następnym razem, gdy będziesz mieć kontakt z taką osobą, po prostu wykaż się empatią i brakiem oceniania. Nie musisz nikogo zbawiać i co więcej – nie masz takiej mocy, więc swoje dobre rady zachowaj dla siebie, a drugiemu człowiekowi daj po prostu swoją obecność i zrozumienie.

JAK PORADZIĆ SOBIE Z BRAKIEM MIŁOŚCI WŁASNEJ?

Jak już wcześniej wspomniałam – opiszę Wam to, co działa na mnie. Nie jest to uniwersalny poradnik krok po kroku, co zrobić, by siebie pokochać. Po pierwsze taki poradnik nie istnieje, a jeżeli ktoś twierdzi, że ma receptę działającą na każdego, to uciekajcie od niego, bo to kłamstwo. Nie zliczę, ile rzeczy przeczytałam, wysłuchałam, rozmów odbyłam, żeby w końcu dojść do kilku sposobów, które mam nadzieję, małymi kroczkami doprowadzą mnie do sukcesu.

Jakie są objawy braku miłości własnej? Myślę, że ilu ludzi, tyle różnych objawów, warto się jednak wsłuchać w siebie i dotrzeć do korzeni swoich problemów, bo one właśnie mogą wynikać z braku tej najważniejszej miłości. U mnie objawiało się to przede wszystkim: brakiem akceptacji siebie – zarówno wyglądu, jak i ciągłe negowanie, podważanie swojej inteligencji i tego, co umiem. Nakładaniem na siebie ciągłej presji, że coś muszę zrobić, być taka a taka, ciągle lepsza. Działało to, jak zamknięte koło. Potrafiłam się na siebie wściekać, za to, że jestem na siebie wściekła, że sama sobie to robię, że to moja wina, że siebie nie lubię i nie akceptuję. Porównywanie się do ludzi, zazdroszczenie – to wszystko jest wynikiem braku miłości do samego siebie.

Kiedy uświadomiłam sobie ten problem – on niestety nie zniknął. Mam pewną „przypadłość”, że zbyt dużo myślę, analizuję, szukam rozwiązań. Więc tak też i podeszłam do tego „zadania”. Co by tu zrobić by pokochać siebie – i zaczęła się gonitwa, czytanie mądrych książek, tekstów, rozważanie tego problemu na terapii, rozmawianie na ten temat z ludźmi, których znam i uważam za szczęśliwych. I wiecie co? Nic, ale absolutnie nic na to nie działało. Karciłam siebie nawet za to, że nie umiem sobie pomóc i że to jest tylko i wyłącznie moja wina, że się tak czuje. Karciłam siebie za poszukiwania sposobu na szczęście.

Metoda na „po prostu poczucie się szczęśliwym” w moim przypadku nie działała – jak wspomniałam kilka linijek wyżej – mam skłonności do tzw. overthinking, więc w mojej głowie jest ciągła gonitwa myśli, za dużo rzeczy analizuję, by tak po prostu pstryknąć palcami i przestać być nieszczęśliwą. Co więcej przysporzyło mi to tylko więcej frustracji, że nie potrafię tej metody wcielić w życie.

Inny popularny sposób, na który trafiłam na tzw. kontrolowanie swoich uczuć i skupianiu się na pozytywnym myśleniu, również nie znalazł racji bytu w moim przypadku. Już samo słowo „kontrola” działa na mnie jak płachta na byka. W którejś z książek na temat poszukiwania miłości i szczęścia już na pierwszych stronach pojawiło się stwierdzenie „kontroluj swoje emocje” – uwierzcie mi, że po przeczytaniu tej bzdury zrobiło mi się po prostu jeszcze gorzej.

Z miłością własną trochę jest jak ze snem. Znacie momenty, kiedy jesteście zmęczeni, ale nie możecie zasnąć? I wtedy jeszcze bardziej myślicie o tym, żeby zasnąć, próbujecie różnych sposobów, liczenia baranów itd. Ostatecznie rezultat jest taki, że zasnąć po prostu się nie udaje. Musisz przestać o tym myśleć, żeby po prostu pójść spać. I tak jest właśnie z miłością własną. Im więcej o tym myślisz, analizujesz, wkurzasz się na siebie, tym bardziej się oddalasz od celu. Więc na czym skupić się w swoich poszukiwaniach? Po prostu na byciu DOBRYM dla siebie. Mam wrażenie, że ten pęd życia, który teraz mamy, sprawia że my po prostu nie mamy rzeczywiście czasu dla siebie i nie wiemy jak go ze sobą spędzać. Zgoda – chodzimy na siłownię, jogę czy squasha i nazywamy to czasem dla siebie. I o ile rzeczywiście tak jest – to rób to dalej. A jeżeli po głębszym zastanowieniu się dojdziesz do wniosku, że nie robisz tego do końca dla siebie, tylko po to, by być chudszym, bardziej umięśnionym, jakimś – innym niż jesteś, bo nie akceptujesz siebie, to po prostu przestań to robić albo zmień swój sposób myślenia o tym.

METODY, KTÓRE MI POMAGAJĄ

Należę do grupy fejsbukowej dziewczyn, które tak, jak ja mieszkają w Canggu. Grupa została założona, żeby dziewczyny miały swoje bezpieczne miejsce, gdzie mogą się wymieniać poglądami, pytać o babskie sprawy typu „gdzie kupić kubeczek menstruacyjny” i przy okazji nie dostać kilkudziesięciu chamskich komentarzy pod postem. Dziewczyny z grupy też się ogłaszają z różnymi rzeczami, czasem któraś szuka koleżanki do wyjścia na drinka, a czasem któraś chce zorganizować wyprzedaż ciuchów. I właśnie na tej grupie jedna z dziewczyn napisała, że zajmuje się mentoringiem, mindfulnessem itp., że jest w trakcie kolejnego kursu i musi odbyć praktyki z 10 osobami. Zgłosiłam się na ochotniczkę, jako osoba poszukująca szczęścia – nie przepuszczę przecież takiej okazji! Francesca odpisała na moją wiadomość i umówiłyśmy się tydzień później na godzinne spotkanie. Jako kwestię do przedyskutowania wybrałam oczywiście SELF LOVE.

I dopiero to spotkanie uświadomiło mi, że ja cały czas robiłam to źle, że ja się zapętlałam w jakieś chore koło poszukiwań i nienawiści. Byłam zła na siebie za to, że te rzeczy, które robiłam dotychczasowo, nie działają na mnie, że ja jestem zbyt oporna, żeby je pojąć, zbyt głupia, żeby zrozumieć, albo zbyt leniwa, by zacząć pracę nad sobą. I dopiero na tym spotkaniu zrozumiałam, że to jeden wielki stek bzdur. Że właśnie wszystko jest tak, jak powinno być. Francesca, przede wszystkim sama jest osobą po różnych ciężkich przejściach i problemach również z miłością do siebie i samoakceptacją. Na tym spotkaniu pierwszy raz w życiu po prostu czułam się zrozumiana. Francesca zauważyła również mój problem z natłokiem myśli i nie zaproponowała mi rozwiązań polegających na kolejnych przemyśleniach, tylko na odzyskaniu SPOKOJU, pozwoleniu swojej głowie dać w końcu odpocząć od natłoku myśli i analiz.

Zatem przejdźmy do konkretów: Jak sobie dać w końcu SPOKÓJ.

1. ODDZIELENIE SWOJEGO KRYTYCZNEGO GŁOSU OD SIEBIE

Pisałam Wam kilka paragrafów wcześniej, że mam taki wewnętrzny głos, takiego prokuratora, co mnie rozlicza ze wszystkiego, co robię i rzadko, naprawdę rzadko kiedy coś mu się podoba. Mówi do mnie: „Gabriela, powinnaś to i to, i tamto też, a tego nie robisz”, czasem dochodzi do mnie głos rozsądku, który mówi, że przecież wcale nic nie muszę, że jak chcę, to mogę, ale nie muszę. Tylko że ten głos rozsądku jest jakiś taki słabszy niż ten prokurator. Głos rozsądku zna teorię, wie że nie powinnam na siebie „wjeżdżać”, oceniać ani porównywać się do innych. Jednak gdy przychodzą trudne momenty, to ten prokurator go po prostu przekrzykuje, mówiąc mu, że gówno mu z tej wiedzy, bo i tak nie umiesz wcielić w życie tego, co wiesz.

Istnieje jednak sposób, by trochę tego prokuratora uciszyć i stłamsić. Nadaj mu imię – tylko uważaj, wybierz takie, żeby nie przypominało Ci o kimś, kogo znasz. I po prostu zaakceptuj jego obecność. Ok, on/ona istnieje, ale przecież ja jego/jej wcale nie muszę słuchać. Tak jak w życiu – przecież nie słuchasz każdej „rady” od każdego człowieka spotkanego na swojej drodze. Masz wybór. Niektórzy doradzą Ci dobrze, inni niekoniecznie – za te niezbyt dobre rady dziękujesz, odkładasz je na bok i idziesz dalej. I tak samo zrób ze swoim prokuratorem. Podziękuj mu za rady, jakiekolwiek by one nie były i idź dalej. To jest Twój wybór, czy chcesz go słuchać. Nie musisz. Daj dojść do głosu temu rozsądkowi, czy jakkolwiek rozumiesz ten pozytywny głos – daj mu też trochę pogadać, a tamtego weź przytul i każ mu się na chwilę zamknąć 🙂

miłości

2. MEDYTACJA

Medytuję już od jakiegoś czasu, ale jak się okazało, nie robiłam tego w prawidłowy dla mnie sposób. Swoją drogę z medytacją zaczynałam bardziej od wizualizacji. Wyobrażałam sobie, jak bym chciała, żeby rzeczy wyglądały, żeby się po prostu działy. A potem jaka byłam wkurzona, że to się nie dzieje – jak to, przecież ja MEDYTUJĘ i przyciągam dobre rzeczy, a one się nie wydarzają?! I tutaj znowu wkraczała karuzela frustracji. Potem zaczęłam medytację z aplikacją Headspace – to jest tzw. guided meditation. Włączasz apkę, a głos mówi Ci, żebyś się rozluźnił, pozwolił przepływać myślom itd… I to też w moim przypadku nie zdało egzaminu, bo albo się skupiałam, żeby go słuchać i myśleć o niczym (czego oczywiści się nie da zrobić), albo kompletnie gdzieś odpływałam myślami tak, że już nie słyszałam w sumie, co mówi głos w aplikacji.

Francesca natomiast pokazała mi jeszcze inną formę medytacji – również guided, ale skupiająca się rzeczywiście na kreowaniu pewnych myśli. Poprosiła mnie, żebym zamknęła oczy – początek był jak przy każdej innej medytacji, kilka głębokich oddechów, skupienie się na tym, jak się czujesz, jak czuje się Twoje ciało i zaczynamy…. Poprosiła mnie, żebym wyobraziła sobie moje szczęśliwe/bezpieczne miejsce… I ja nie umiałam tego zrobić, nie rozumiałam za bardzo, o co chodzi. Oczywiście zdarzało mi się słyszeć o czymś takim, ale nigdy nie poświęciłam temu więcej mojej uwagi, uważając to za jakiś coachingowy wymysł. Gdy ta forma nie zadziałała, Francesca po prostu zaczęła mnie do tego miejsca prowadzić, krok po kroczku poprzez rozluźnienie ciała i umysłu. Przykładową taką medytację możecie znaleźć TU. I to naprawdę zadziałało – znalazłam swoje bezpieczne miejsce, powoli w trakcie medytacji zaczęło się pojawiać w mojej głowie. To miejsce okazało się tak piękne i bezpieczne, że aż wywołało to u mnie płacz. Płakałam dlatego, że nie pozwalałam sobie dotychczas, na zastanowienie się, co mi tak naprawdę, ale naprawdę daje spokój. Marzenia i ich spełnianie to inna sprawa. Spokój wewnętrzny, gdzie jesteś sam ze sobą (ale mogą też tam być inne osoby z Wami w Waszym bezpiecznym miejscu), to jest coś, czego sama sobie nie dawałam, nie znałam tego, nie rozumiałam. Nie dawałam sobie do tego prawa poprzez ciągłą gonitwę myśli. Od tamtej pory spędzam w moim bezpiecznym miejscu przynajmniej chwilę każdego dnia i czuję się naprawdę dużo lepiej. Daje mi to sporo spokoju i przede wszystkim zmniejsza mój niekończący się natłok myśli. Nie znikł on jednak zupełnie – przede mną jeszcze długa droga, ale zdecydowanie dało mi to po prostu SPOKÓJ.

miłości

3. STWÓRZ LISTĘ RZECZY, KTÓRE CIĘ CIESZĄ

Weź kartkę i długopis – ważne, żeby to była ręcznie spisana lista. Wypisz wszystko to, co sprawia, że się czujesz dobrze, wszystko co Cię cieszy. To mogą być naprawdę małe rzeczy jak: słuchanie muzyki, zjedzenie ulubionego dania, przytulenie się do kogoś bliskiego, wyjście do lasu, pływanie w oceanie, surfowanie, zrobienie treningu, bieganie, czytanie, śpiewanie, wzięcie kąpieli, przebywanie ze zwierzętami – wszystko, co tylko kochasz. Miej tę listę zawsze w pobliżu. Gdy zdarzy się dzień, że poczujesz się gorzej, że prokurator dojdzie za bardzo do głosu i będzie Ci po prostu źle. Weź listę i zrób jedną rzecz, która jest tam zapisana. Nie masz siły wyjść pobiegać? To tego nie rób. Zrób coś łatwego, załóż słuchawki i posłuchaj ulubionej muzyki. I tylko tyle. Po prostu zrób coś dla siebie, dla swojego szczęścia. Skup się tylko na sobie i na tym, co daje Ci spokój duszy.

miłości

I to są właśnie te rzeczy, które w tym momencie życia pomagają mi w cięższych stanach. Poszukaj swoich, popróbuj różnych metod i znajdź swój wewnętrzny spokój. Weź się przytul i pamiętaj, że wszystko będzie dobrze. Brzmi to jak największy banał na świecie, ale też jest największą prawdą. Złe rzeczy zdarzają się po to, żeby zrobić miejsce dla nowych doświadczeń. Więc Walentynkowo życzę Ci, żebyś kochał siebie najbardziej na świecie, bo gdy ta miłość będzie spełniona, reszta naprawdę już nie będzie miała wielkiego znaczenia.



4 thoughts on “O NAJTRUDNIEJSZEJ MIŁOŚCI.”

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *