O tym dlaczego pojechałam na Bali i czy była to dobra decyzja.

O tym dlaczego pojechałam na Bali i czy była to dobra decyzja.

Jak wiedzą niektórzy moi najbliżsi i osoby, które ewentualnie śledzą mnie w mediach społecznościowych – ponad dwa miesiące temu wyjechałam na Bali. Jak to się stało, jak teraz wygląda moje życie, czy coś się zmieniło i czy to była dobra decyzja dowiecie się w poniższym tekście!

Moi najbliżsi w większym lub mniejszym stopniu wiedzą, że nie byłam zadowolona z mojego życia w Polsce. Nie lubiłam swojej pracy, nie lubiłam pogody i ogólnie bardzo łatwo przychodziło mi narzekanie na wszystko. Myślałam, że jak znajdę lepiej płatną pracę, będę miała większą stabilność finansową, to moje problemy się rozwiążą. Cóż kilka na pewno się rozwiązało, aczkolwiek ja nadal nie czułam się dobrze. Zaczęłam chodzić na terapię, co było dla mnie ogromnym krokiem i przełomem. Zawsze się wzbraniałam przed jakąkolwiek pomocą psychologa czy psychiatry, bo miałam z tyłu głowy myśl „Jak to! Takie rzeczy są dla słabych ludzi, a ja przecież MUSZĘ być silna, MUSZĘ sobie sama poradzić, MUSZĘ to, tamto, sramto…” I pewnie z zewnątrz mogło to tak wyglądać, że jestem silna i sobie radzę. Tylko że ja już miałam dość bycia silną, kontrolowania się, reagowaniem na świat z agresją i gotowością do walki – bo takie miałam mechanizmy obronne. Jak było mi źle, to stawałam się sarkastyczna, agresywna i niemiła. Także decyzja o pójściu na terapię była jedną z najlepszych decyzji w moim życiu i jedyne czego żałuję to, że podjęłam ją tak późno. Myślę również, że to był jeden z małych kroczków, który doprowadził mnie do miejsca, w którym teraz jestem.

Czego nauczyła mnie terapia? Przede wszystkim tego, co niby już wiedziałam, ale jakoś tak nie do końca byłam przekonana. Żyjemy w czasach, które są szybkie, gdzie wszyscy wokół pokazują swoje piękne życie, super pracę, super wakacje, biorą kredyt na dom/mieszkanie, nowy samochód, ślub, dziecko, kolejne wakacje, kolejny awans, kolejne dziecko. I nie mam nic do tego, jeżeli ktoś rzeczywiście chce w taki sposób żyć. Tylko wszechobecne rozmowy na temat ślubów, kupna mieszkań, zmian pracy i kolejnych wakacyjnych destynacji obudziły we mnie sztuczną potrzebę posiadania tego wszystkiego, mimo iż nigdy tak naprawdę o tym nie marzyłam oraz frustrację, że nie mogę tego osiągnąć.

Marzenia

Zawsze marzyło mi się natomiast podróżowanie, życie w ciepłym kraju, surfowanie (to oczywiście później, jak poznałam surfing) i nieprzejmowaniem się takimi rzeczami jak kredyt, czy dziecko w przedszkolu. Nie marzyłam o ślubie i białej sukni, co nie oznacza, że nie chcę mieć partnera, z którym spędzę życie. Jednak nie stawiam znaku równości między ślubem a spędzeniem życia w miłej i ciepłej relacji. Nie marzyłam o dzieciach, bo najnormalniej w życiu się tego boję. Boję się podejmować za kogoś odpowiedzialność, kiedy sama do końca nie wiem co robić ze swoim życiem. I mimo tego, że gdzieś z tyłu głowy miałam myśl, że to nie są moje marzenia ani pragnienia, łatwiej było marzyć o kupnie mieszkania czy ślubie niż o wyjeździe na Bali i życiu w ciepełku. Wyjazd na Bali wydawał mi się bardziej absurdalny niż kupno mieszkania. A uwierzcie mi, że w moim przypadku kupno mieszkania to dopiero szczyt absurdu i nie byłoby mnie na nie stać – nie wiem przez ile jeszcze lat. Ostatecznie kończyło się to frustracją – bo ani jakoś bardzo nie dążyłam do spełniania marzeń o mieszkaniach, szczeblach w korpo czy dzieciach, jak i nie umiałam sobie wyobrazić, co ja niby miałabym zrobić, żeby mieszkać na takim Bali, czy w innym egzotycznym miejscu.

Bali

Czasami dotykałam już swojej ściany i myślałam, w dupie mam tę pracę – to mnie stresuje, ja nie tam nie pasuję. Nie chcę żyć od 9 do 17. Miałam pomysły typu „A może pojadę gdzieś do krajów Skandynawskich, będę tam sprzątać przez pół roku, czy myć gary, a potem za zarobioną kasę żyć przez rok w Azji?” No cóż, był to pewien pomysł, ale mój zapał do szukania pracy i ogarniania czegoś na nowo, czując się psychicznie niedobrze, dosyć szybko gasł. Znajdywałam sobie mnóstwo wymówek, a bo to nikt mi nie odpisał na moje CV, a to nie wiem, czy tam się nie będę czuła jeszcze gorzej (przecież tam jest ZIMNO!), a to jak to tak – będę tam sama…. itd. Ostatecznie pomysł został porzucony. W Polsce znowu zaczęło się robić cieplej, na wiosnę jakoś zawsze zaczynałam się trochę lepiej czuć.

Oczywiście myślałam również o zawodach takich, które nie wymagają siedzenia w biurze i które zawsze są potrzebne na rynku jak: deweloper, web designer czy inne technologiczne zawody. No to sobie chwilę pomyślałam, a potem pojawiło się milion wymówek – ale ja przecież humanistką jestem, totalnie nic nie wiem na ten temat, to się trzeba interesować, a ja się nie jaram. Szukałam szkół dla programistów, owszem są takie – cholernie drogie, a ja przecież nie mam kasy. Można studiować za darmo – ale przecież potem to trzeba spłacać, oni Ci dają pracę, nie wybierasz miejsca, nie jesteś freelancerem i ogólnie mogą cię wysłać do jakiejś Koziej Dupy i będziesz musiała tam Gabriela jechać i żyć i będziesz jeszcze bardziej pogrążona w depresji.

Widzicie zatem – pomysłów było mnóstwo, aczkolwiek żaden nie miał siły przebicia w moim umyśle, lepiej było sobie tkwić w swoim znanym już depresyjnym świecie.

Najwidoczniej trzeba było 26 lat życia uderzania głową w ścianę, żeby rzeczy się po prostu stały. Poznałam odpowiedniego człowieka, który kilka lat już tak właśnie sobie żyje – podróżuje i pracuje. I on mi opowiedział o tym, jak ludzie robią przeróżne rzeczy i zarabiają w Internecie – jedni piszą książki i sprzedają je na Amazonie, inni robią szkolenia online, jeszcze inni oczywiście żyją z blogowania. Ale wspomniał też o zawodzie wirtualnej asystentki. No czegoś takiego, to ja wcześniej w życiu nie słyszałam. Podpytałam trochę, co taka asystentka robi, poczytałam coś w Internecie i pomyślałam sobie, że „No halo Gabriela, ale co jak co – to ogarniać to Ty umiesz, a czego nie umiesz, to się nauczysz”. Zanim jednak przyszła jeszcze do mnie ta myśl, to najpierw postanowiłam spróbować w mojej ówczesnej pracy uzyskać zgodę na pracę zdalną. Podejmowanie decyzji chwilę trwało i niestety się nie udało. Jest jeszcze jednak w ludziach taka myśl, że jak ktoś jedzie na Bali, to będzie tam odpoczywał, a nie pracował, że ja tam jadę na wakacje i ogólnie to będę przycinać mojego pracodawcę. Oczywiście, odpoczywam tutaj, bo przecież o to mi też chodziło (zresztą takie przekonanie u nas w narodzie, jakby odpoczynek był czymś złym, a ten kto odpoczywa to leń wstrętny), aczkolwiek pracuję w polskiej strefie czasowej i codziennie od 15 do 23 mojego czasu jestem dostępna dla mojego klienta. Teraz jestem wdzięczna, że tak się stało. Tylko wtedy stanęłam przed decyzją no i co teraz? Ja już się napaliłam, ja chcę jechać! I wiecie co, mimo iż nie miałam na początku jeszcze żadnej innej opcji, ja w swojej głowie podjęłam decyzję, że mam to w dupie, że ja jadę tak czy siak. I w sumie praca sama do mnie przyszła. W tym czasie, do znajomego, który zajmuje się promowaniem pracy zdalnej i pomaga ludziom właśnie w przekonywaniu swoich pracodawców do takiej formy, odezwał się przedsiębiorca, który szukał wirtualnej asystentki. I ten znajomy mnie polecił, a ja się spodobałam i dostałam tę pracę. Byłam naprawdę w ciężkim szoku, że to się rzeczywiście dzieje.

Wynegocjowałam warunki, które mnie satysfakcjonowały na tyle, że będę w stanie się utrzymać w Azji. Dwa miesiące pracowałam na dwóch etatach – kończąc swoją pracę w korporacji i już pracując jako WA po godzinach. I było BARDZO ciężko, byłam non stop przemęczona, nie miałam już czasu na siłownię, odpoczynek czy cokolwiek innego. Do tego doszły sprawy związane z wyjazdem, sprzedaż rzeczy, szukanie domu dla kotków (to była dla mnie najtrudniejsza rzecz i jeszcze kiedyś o tym napiszę). Jednak mimo że było ciężko, wszystko jakoś tak się płynnie układało, że ja wiedziałam, że robię dobrze, że właśnie zmierzam do miejsca, w którym powinnam być.

I zrobiłam to. Pisze ten tekst, siedząc sobie w moim pokoiku na Bali, jest 30 stopni, do basenu mam 3 kroki, a do oceanu 5 min. I jest dobrze. Nie jest idealnie, mam gorsze momenty, bo mimo że zmieniłam otoczenie, to moja głowa została taka sama – przeniosłam ją tylko w mniej stresujące warunki. Dlatego mimo wszystko, najcięższa i najtrudniejsza dla mnie podróż to właśnie ta wewnątrz siebie.

PS. To mój pierwszy wpis i będzie ich więcej, jeżeli dobrnęliście do końca, zostawcie po sobie jakiś ślad w komentarzach 🙂 Dajcie również znać o czym chcielibyście kolejny post. O życiu na Bali – jakie są ceny, na co trzeba się przygotować itd.? O pracy wirtualnej asystentki, a może o czymś jeszcze innym? BUZIOLKI!



25 thoughts on “O tym dlaczego pojechałam na Bali i czy była to dobra decyzja.”

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *